meakus@jabber.wp.pl


21 listopada 2009, 11:35:28Kocio

Polski kot u niemieckiego weterynarza

Parę miesięcy temu moja Ania wzięła do domu sympatycznego kociaka. Syberyjskiego. Zadomowił się niemal od razu, córeczce Ani pozwala ze sobą robić wszystko, w nocy śpi na Ani ;)

W ostatni weekend nagle zaczął mieć problemy gastrologiczne - przestał jeść, a jeżeli coś w siebie wcisnął wymiotował tym niemal natychmiast. Od poniedziałku rozpoczęły się też wizyty u weterynarza, na razie rodzimego. Dostawał zastrzyki, robiono USG, RTG, ale badania nic nie wykazywały, a kot był w coraz gorszym stanie. Przy każdej wizycie ze strony lekarza obietnica, że "już teraz na pewno będzie lepiej", a potem wciąż gorzej. Jednocześnie narastająca paranoja, że jeśli coś takiego się dzieje to trzeba w końcu "zajrzeć" do kota, prawda? Jedną z możliwości jest to, że mały gamoń zeżarł coś, a zbyt długie czekanie na "cud wydalenia" może się zakończyć np. wrośnięciem tego obcego ciała w narządy w taki sposób, że nie będzie już kogo ratować. Nasz rodzimy weterynarz twardo jednak próbował nowych leków, badania krwi, podawał kroplówkę jednak ani razu nie zająknął się na temat sprawdzenia, czy może nie ma czegoś w środeczku. Krótko mówiąc badamy na to, co ewentualnie możemy sobie poleczyć, inne sprawy nas nie interesują?

Na szczęście Ania w końcu się wkurzyła - siedmiomiesięczny kot, jeszcze parę dni wcześniej radosny, po kolejnej wizycie u weterynarza i podawaniu kroplówki zdawał się już nie poznawać właścicieli, był cały obolały, osowiały, zabrudzony, wyglądał jak nieszczęście. Wzięła kota i pojechała do niemieckiego weterynarza. Tam od razu stwierdzono, że kot będzie "do odbioru" dopiero następnego dnia, bo przede wszystkim trzeba sprawdzić, czy... czegoś nie połknął. Bo zdarza się, że USG i rentgen nie są w stanie tego wykazać. Czy naszemu lekarzowi taką trudność sprawiało przyznanie się, że błądzi i nie jest w stanie nic zrobić? Skierować choćby do tego, który urzęduje niedaleko, za granicą zamiast maltretować zwierzaka?

Operację zrobiono dosłownie parę godzin po dostarczeniu kociaka - okazało się, że w żołądku nic nie ma, ale kociak ma nienaturalnie powiększone węzły chłonne właśnie w tej okolicy. Pobrano wycinek do badania, zrobiono parę badań na szybko (bodaj na kocią białaczkę, na koci hiv chyba zrobią później). Dzisiaj kot został odebrany - niemiecki weterynarz przywitał Anię słowami: "czy jadła już pani śniadanie, bo Erni już dzisiaj jadł". Kot - pomimo operacji, rany - wygląda zupełnie inaczej. Radośnie się przywitał, w domu od razu poleciał do miski, właścicieli rozpoznaje, "gada" po kociemu tak jak wcześniej, zachowuje się całkowicie normalnie. I to wszystko po kilkunastu godzinach leczenia, wliczając w to narkozę, rozcinanie żołądka itd. W przyszłym tygodniu przyjdzie reszta badań, okaże się co tak naprawdę się dzieje, ale takie postępowanie ze zwierzakiem daje naprawdę dużą nadzieję. Niby dalej niewiele wiadomo, ale przy tym niemieckim "niewiele wiadomo" kot wygląda o wiele lepiej niż przy polskim

Może niepotrzebnie operuję określeniami narodowymi, ale rzecz dzieje się akurat po obu stronach tej właśnie granicy. Tak się zastanawiam, że może jednak należałoby po prostu mówić o weterynarzu i rzeźniku?